W dalekiej krainie, za chmurką waty cukrowej i tęczowym mostem, leży Amigusiowo – magiczne miejsce, w którym mieszkają szydełkowe zabawki.
Domki są tu miękkie jak poduszki, drzewa pachną jak najpiękniejsze kwiaty, a każdy listek wydaje ciche „szszsz…” kiedy wieje wiatr.


Wśród wszystkich zabawek mieszkał mały króliczek z długimi, kwiatkowymi uszkami.
Był śliczny – biały, z haftowanymi oczkami i delikatnym różowym noskiem.
Ale miał jedno zmartwienie.


Każdego dnia siedział na małej ławeczce i patrzył, jak inne zabawki bawią się razem.
One śmiały się i tuliły, a on tylko cicho wzdychał.
Bo króliczek nie miał imienia.
A bez imienia czuł, że nikt go nie zauważa.


Gdy próbował podejść bliżej, Amigusie odwracały się i znikały między miękkimi domkami z włóczki.
Nie były złe. Po prostu … nie widziały go.
Jakby był przezroczysty.


Czasem siadał na kamyku nieopodal rzeczki i szeptał do siebie:
– Może kiedyś… ktoś mnie zawoła po imieniu…
Jego serduszko było jak maleńki, zagubiony guziczek. Smutne bardzo, że nie ma przyjaciół.


A jednak króliczek codziennie wstawał rano, czesał uszka, otrzepywał łapki i przechadzał się po szydełkowym Amigusiowie.
– Może dziś… – szeptał z nadzieją – Może dziś ktoś mnie zobaczy…


Pewnego dnia drzewko, pod którym czasami siedział, zaszumiało inaczej.
„Twoje imię jest już blisko”, szepnęło liśćmi prosto do jego uszka.
Króliczek uniósł główkę, ale nikogo w pobliżu nie było … czyżby magia?


To była magia. Nad Amigusiowem unosiła się mgiełka, jak zaproszenie do czegoś niezwykłego.

Zza miękkiego wzgórza wyłoniła się tajemnicza Pani.

Zatrzymała się dokładnie tam, gdzie siedział króliczek.

Zabawki zamilkły. Liście drgnęły. A czas jakby przystanął.


Na twarzy tajemniczej Pani pojawił się ciepły uśmiech, kiedy spojrzała w oczy białego uszatka. Jej serce mocno zabiło.
– Ty… jesteś właśnie tym, kogo szukałam – wyszeptała.

Delikatnie wzięła maluszka na ręce.
Przez chwilę króliczek poczuł, że wszystko inne przestaje istnieć.
Było mu ciepło i dobrze.


Ciocia Karolinka przytuliła małego Amigusia do policzka i westchnęła z czułością.
– Znam kogoś wyjątkowego, kto na ciebie czeka – powiedziała.
Króliczek nie rozumiał jeszcze co się dzieje, ale jego serduszko zadrżało z nadziei.


Kilka chwil później był już
w objęciach dziewczynki w słomkowym kapeluszu.

Stefcia – bo tak miała na imię złotowłosa dziewczynka – patrzyła na swojego nowego przyjaciela szczęśliwymi oczkami, z radosnym uśmiechem na twarzy.

Przytuliła mocno króliczka do serca.


Małe, ciche serduszko drżało jak dzwoneczek, bo czuło, że zaraz usłyszy swoje upragnione imię.

– Będziesz… Tuliś Króliś. Bo jesteś najsłodszy i najbardziej do tulenia!

W tej chwili wszystko się zmieniło. I króliczek… rozpromienił się od środka.

Poczuł, że już nie jest sam i że już nigdy nie będzie niewidzialny.


Od tego dnia Stefcia i Tuliś Króliś byli nierozłączni.

Tuliś pokochał swoje imię.
Brzmiało jak tulenie, jak uśmiech i jak bajka czytana pod kocykiem.
Już nigdy nie czuł się niewidzialny.
Już zawsze wiedział, że jest chciany i kochany.


Każdej nocy – kiedy zasypiał pod kwiatkową kołderką u boku Stefci – trafiał do magicznego Amigusiowa. Już nie był przezroczysty. Szydełkowe Amigusie wołały go do wspólnej zabawy. A Tuliś Króliś, nareszcie w pełni szczęśliwy, chętnie bawił się ze wszystkimi.